To nie był zwykły dzień w kobylnickim urzędzie. Najdłuższa sesja w tej kadencji nie toczyła się wyłącznie wokół milionowych inwestycji czy strategii rozwoju. W centrum uwagi stanęła ona – uchwała o wynagrodzeniu burmistrza. Przez kilkadziesiąt minut sala obrad zamieniła się w arenę, na której starły się dwie wizje samorządu: jedna oparta na prestiżu i skali zarządzania, druga na surowym zaciskaniu pasa i oczekiwaniu na efekty wyborczych obietnic.
Atmosferę zagęścił już na wstępie przewodniczący rady, Janusz Kaszowski. Prezentując autopoprawkę, która miała wywindować zarobki burmistrz Anny Glinieckiej-Woś do poziomu ponad 20 tysięcy złotych brutto, nie mówił o paragrafach. Mówił o emocjach, o „obronie ojczyzny” i o godzinach wyczekiwanych na warszawskich korytarzach w walce o granice gminy.
– Pani burmistrz stanęła na wysokości zadania, robiła wszystko, co w jej mocy, żeby obronić tę naszą ojczyznę. Jeździła do Warszawy, wyczekiwała godzinami, aby otrzymać dwie minuty na przedstawienie spraw. Zasługuje na godne wynagrodzenie, nie najniższe, jak to miało dotychczas – przekonywał Kaszowski, podkreślając, że Kobylnica to wciąż finansowy gigant powiatu słupskiego.
Szybko jednak okazało się, że dla części radnych argumenty o „sercu wkładanym w pracę” to za mało, by sięgać głębiej do gminnej kasy. Dorota Miękus-Płodzień, uzbrojona w dane z sąsiednich gmin, od razu sprowadziła dyskusję na ziemię.
– Wyjazdy służbowe do Warszawy czy Gdańska nie odbiegają od obowiązków innych burmistrzów w naszym powiecie. Nasza gmina zubożeje od 1 stycznia, co każe nam oszczędzać we wszystkich możliwych paragrafach. Uważam, że to jest zbytnia rozrzutność – punktowała radna.
W sukurs przyszedł jej Mariusz Głaszcz, przypominając o niedawnej, bolesnej dla mieszkańców decyzji. Chodzi oczywiście o utratę części terenu na rzecz Słupska.
– Chodzi o sam fakt w stosunku do mieszkańców, którym w listopadzie podnieśliśmy podatki. Na razie mamy obietnice wyborcze i dopiero gdy zostaną spełnione, możemy mówić o podniesieniu wynagrodzenia – zauważył, rzucając cień na propozycję przewodniczącego.
Gdy emocje brały górę, do głosu dochodziła twarda matematyka. Izabela Braczkowska, skarbnik gminy, z niemal chirurgiczną precyzją wyliczała, dlaczego Kobylnica może – a według niej powinna – płacić więcej. 139 milionów złotych wydatków, 14,5 tysiąca mieszkańców i rekordowo niski dług.
– Siedzimy z ołówkiem w ręku, liczymy pieniądze, stąd biorą się oszczędności. Przez ostatnie lata spłaciliśmy miliony długów, w tym roku mamy zero złotych kredytu. Pod względem wynagrodzenia wójta jesteśmy na ostatnim miejscu w powiecie – argumentowała skarbnik, próbując dowieść, że oszczędności nie powinny oznaczać „dziadowania” na kadrach zarządzających.
Debata obnażyła jednak coś więcej niż tylko spór o pieniądze – pokazała pęknięcie w samej radzie. Iwona Drapalska-Krawczyk nie kryła żalu do przewodniczącego o sposób, w jaki projekt trafił pod głosowanie.
– Próbowaliśmy dojść do porozumienia, ale te stawki rosły za każdym razem. Nie wypracowaliśmy tej kwoty w zespole, lecz w pewnych grupkach. Należy powrócić do tych rozmów, bo na dzień dzisiejszy jestem przeciwna propozycji przewodniczącego – mówiła, sugerując, że zabrakło rzetelnego dialogu.
Przewodniczący Kaszowski, wyraźnie poirytowany, uciął:
– Nasze spotkania robocze były burzliwe. Rozeszliśmy się w niezgodzie, ale nie będę tych brudów prał tutaj przed kamerami.
Głosowanie było jak zimny prysznic. Gdy na ekranie wyświetlił się wynik: 7 głosów „za”, 7 „przeciw”, na sali zapadła wymowna cisza. Uchwała przepadła. Wynagrodzenie burmistrz drgnęło jedynie o symboliczne 334 złote – tylko dlatego, że prawo nie pozwalało, by zarabiała mniej niż ustawowe minimum.

Po sesji, gdy emocje na sali wygasły, Anna Gliniecka-Woś zdecydowała się na ruch, który rzadko oglądamy w lokalnej polityce. Zamiast urzędniczego komunikatu, opublikowała osobiste oświadczenie, w którym „pokazała pasek”.
– Nie mam nic do ukrycia. 11 219,42 zł netto – tyle wynosi moje wynagrodzenie. Próbowano uczynić z tej uchwały „najważniejszy i wrażliwy społecznie” punkt obrad. Argument, że nic nie robię poza podstawą, świadczy o braku podstawowej wiedzy na temat pracy włodarza. To funkcja, która nie zna pojęcia „święty spokój” i wymaga ciągłej odpowiedzialności za budżet wynoszący 139 mln zł oraz ponad 400 pracowników – komentowała burmistrz.
Dla Anny Glinieckiej-Woś wynik głosowania był sygnałem, że merytoryka przegrała z personalną rozgrywką.
– Dla mieszkańców nie są kluczowe personalne wojenki o procent mojego wynagrodzenia, ale to, czy realizujemy inwestycje i czy szkoły są doinwestowane. Zamiast tracić energię na przepychanki, dalej robię swoje. A ostateczną ocenę wystawią wyborcy – skwitowała.
Kobylnicki pat nad finansami burmistrza zostaje nierozwiązany. W 2026 rok gmina wchodzi z rekordowym budżetem, ale i z radą podzieloną na pół. Pytanie o to, ile warta jest praca włodarza, wciąż pozostaje w Kobylnicy pytaniem bez jednoznacznej odpowiedzi.

Finansowy dysonans
To jednak nie wszystko, bo po odrzuceniu podwyżki pojawiła się dyskusja na temat oszczędności. Najbardziej wymowna część dotyczyła Centrum Kultury i Promocji w Kobylnicy. Choć radna Iwona Drapalska-Krawczyk dopytywała o stabilność zatrudnienia, odpowiedź dyrekcji CKiP nie pozostawiła złudzeń.
Redukcja kadrowa: Jednostka rezygnuje z dwóch etatów. Po przejściu jednego z pracowników na emeryturę, na jego miejsce nie zostanie zatrudniona nowa osoba. Podobnie wakat po specjaliście ds. promocji pozostanie nieobsadzony.
Przyczyna: Dyrekcja wprost przyznała, że jest to podyktowane szukaniem oszczędności.
Brak środków na rozwój: Mimo sukcesów w pozyskiwaniu funduszy zewnętrznych w ubiegłym roku, w 2026 r. CKiP nie planuje środków na tzw. wkłady własne. Oznacza to, że gmina może stracić szansę na zewnętrzne dotacje, jeśli nie znajdą się dodatkowe pieniądze w trakcie roku.
Podobny klimat towarzyszył wypowiedziom kierownictwa Centrum Usług Wspólnych (CUW). Jednostka musi mierzyć się z bardzo restrykcyjnymi wytycznymi – wzrost wydatków bieżących ograniczono do zaledwie 3%. Aby obsadzić niezbędne stanowisko obsługowe, CUW musi szukać wsparcia w Urzędzie Pracy, licząc na dofinansowanie, zamiast opierać się na stabilnym budżecie gminy.
W Ośrodku Pomocy Społecznej problemem jest z kolei brak rąk do pracy. Choć budżet „na papierze” się zgadza, braki kadrowe wśród pracowników socjalnych stają się chroniczne.
Zestawienie tych informacji z pojawiającym się na tym samym posiedzeniu tematem podwyżek płac rzędu 4000 zł miesięcznie tworzy trudny do zaakceptowania obraz.
Podczas gdy w kuluarach i na sali obrad dyskutuje się o potężnych kwotach zasilających portfele wybranych osób, dyrektorzy kluczowych jednostek gminnych informują o konieczności „okrajania” składów osobowych i pracy w okrojonym składzie, byle tylko zmieścić się w sztywnych limitach wydatków.
[ZT]10193[/ZT]
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Egzekucje POZA PRAWEM. Były komornik oskarżony!
Słyszałem że niektórzy z nich doliczali ludziom koszty doręczenia korespondencji . Każda zwrotka bez stempla pocztowego jest na 100 proc doręczona przez pracowników kancelarii a liczona jako doręczenie pocztowe .
On
16:49, 2026-01-02
Egzekucje POZA PRAWEM. Były komornik oskarżony!
Ciekawe jak rozliczał koszty korespondencji ?
Owoc
16:20, 2026-01-02
Awans nauczycieli. Uroczystość w słupskim ratuszu
karierowicze 🤣 🙂 🤣 ... teraz to już usiądą na 4 litery i nic nie będą robić .... właśnie na tym polega dyplomowanie 🙄 - kto ten cyrk zna od środka ten przyzna mi rację 🤠
*%#)!&
00:03, 2025-12-30
W Słupsku UCISZAJĄ NIEWYGODNYCH RADNYCH?
mają rozmach ..... ! 😮 🙁 😥 😡 😠 👎 💩
Rewiński
20:34, 2025-12-28