Boże Narodzenie na ulicy Korfantego w Słupsku nie pachniało choinką. Pachniało strachem i mrozem wdzierającym się do mieszkania przez rozbite szyby. Podczas gdy miasto świętowało, pani Martyna drżała o życie. Jej matka pyta wprost: czy musi dojść do tragedii, aby system zaczął działać?
Telefon w redakcji 26.12. dzwoni krótko, nerwowo. Po drugiej stronie nie ma miejsca na uprzejmości. Jest czysta, skondensowana bezsilność.
– Policja nie działa, nic nie działa… – zaczyna pani Anna.
Głos jej drży, ale jest w nim stalowa determinacja matki, która boi się o dziecko.
– Były partner mojej córki powybijał jej szyby. Policja przyjechała i kazała „czekać do poniedziałku”. Ja mam czekać, aż on ją zabije?
Scenariusz powtórzył się dwukrotnie. Najpierw w nocy z 25 na 26 grudnia, około trzeciej nad ranem. Pod budynkiem na pierwszym piętrze stanął mężczyzna. Ciszę nocy rozdarł huk tłuczonego szkła – w stronę okien poleciały kamienie. Kolejnej nocy sytuacja się powtórzyła. Pani Martyna od tamtej pory nie sypia. Każdy szelest za oknem, każdy cień na chodniku wywołuje paraliżujący lęk.
::addons{"type":"only-with-us", "color":"black"}
W tej historii rozbite szyby to tylko wierzchołek góry lodowej. Według relacji kobiet, koszmar trwa od dawna. Martyna i jej były partner, 29-latek ze Słupska, nie są razem od roku. Łączą ich jednak dzieci i – jak twierdzi rodzina – przeszłość naznaczona agresją.
– On ją pobił, gdy była jeszcze w ciąży – wspomina pani Anna. – Wtedy wycofała sprawę. Chciała dobrze dla dzieci, wierzyła w zmianę. Dziś płacimy za tamtą nadzieję.
Lista przewinień, o które rodzina oskarża mężczyznę, jest długa: przebite opony, nieustanne groźby, nękanie. „Będę ci umilał życie do końca” – te słowa mają być codziennością pani Martyny. Kobieta twierdzi, że posiada nagrania potwierdzające te groźby. Mimo to czuje się pozostawiona sama sobie.
– To jest człowiek, który się leczy, jest na silnych lekach. On nie powinien funkcjonować bez nadzoru wśród ludzi – mówi z przekonaniem jej matka, przywołując historie kobiet, które zginęły, mimo że miały ochronę i zakazy zbliżania.
Były partner Martyny (proszący o zachowanie anonimowości) przedstawia zupełnie inną wersję zdarzeń. W rozmowie z nami stanowczo odcina się od nocnych ataków na mieszkanie przy Korfantego.
– Nie było mnie tam. Siedziałem w domu z dziećmi. Jakim trzeba być idiotą, żeby wybijać szyby tam, gdzie śpią własne dzieci? – pyta retorycznie.
Według niego cała sytuacja to cyniczna manipulacja i element walki o opiekę nad dziećmi. Mężczyzna twierdzi, że złożył wniosek o całkowite pozbawienie Martyny praw rodzicielskich i to on czuje się ofiarą pomówień. Sugeruje, że za zniszczeniami mogą stać osoby z kręgu obecnego partnera kobiety. Choć początkowo deklarował przekazanie dowodów na swoją obronę, ostatecznie wycofał się z tej obietnicy.
Kiedy rozmawiamy z panią Martyną, jest w drodze. W tle słychać szum samochodu i pośpiech – kobieta właśnie jedzie zabezpieczyć dowody, zgrać nagrania i groźby, które od tygodni zatruwają jej życie. Nie ma czasu na dłuższą rozmowę, bo każda chwila to dla niej walka o to, by system w końcu ją zauważył.
– Dziś w nocy to się stało znowu – mówi drżącym głosem. – Kolejna szyba poszła w drobny mak. Mam już rozbite dwa okna, a on wciąż nie przestaje. Czuję się osaczona, bo to nie są już tylko ataki na mój dom, to są groźby kierowane do całej mojej rodziny: do mamy, a nawet do babci.
Pani Martyna przyznaje, że najbardziej przeraża ją wyrachowanie byłego partnera. W wiadomościach, które archiwizuje, mężczyzna ma się przechwalać swoją bezkarnością.
– Mam to czarno na białym. Pisze mi prosto w twarz, że wszystko robi „w białych rękawiczkach” – relacjonuje kobieta. – On jest przekonany, że potrafi niszczyć mi życie tak, by nikt nie mógł mu nic udowodnić.
Największy ból budzi jednak poczucie osamotnienia w starciu z procedurami. Choć policja na Korfantego pojawiała się już wielokrotnie, dla pani Martyny każda kolejna interwencja to tylko kolejna kartka w policyjnych aktach, która nie zmienia jej sytuacji.
– Dzisiaj funkcjonariusze byli u mnie po raz trzeci. I co usłyszałam? Że muszę złożyć kolejne, osobne zawiadomienie – mówi z goryczą. – Problem w tym, że policja wypełnia dokumenty, a ja w tym czasie po prostu drżę o własne życie. Boję się odbierać telefon z nieznanych numerów, boję się każdego huku za oknem. Mam dowody, mam nagrania, ale wciąż mam wrażenie, że nikt nie chce mi realnie pomóc, zanim nie wydarzy się coś naprawdę strasznego.
Policja w Słupsku potwierdza, że w okresie świątecznym interweniowała przy ul. Korfantego trzykrotnie. Komunikat podkom. Jakuba Bagińskiego jest powściągliwy: mundurowi udzielili informacji o trybie składania zawiadomienia, co zgłaszająca uczyniła.
Najważniejszy jest jednak jeden szczegół: wobec rodziny wdrożona została procedura Niebieskiej Karty. To sygnał, że państwo wie o problemie przemocy w tej relacji. Jednak dla kobiet z ulicy Korfantego biurokracja to za mało.
– Policja przyjeżdża, spisuje i odjeżdża. A ja zostaję z rozbitym oknem i człowiekiem, który obiecał mi piekło – kończy pani Martyna.
Obecnie policja ustala okoliczności zdarzenia i sprawdza, czy w okolicy znajduje się monitoring, który pozwoli jednoznacznie wskazać sprawcę. Do tego czasu na ulicy Korfantego nikt nie zaśnie spokojnie.
Do tematu będziemy wracać.
[ZT]10879[/ZT]
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Słupsk pod śniegiem, WOJSKO na ulicach
Warto przeczytać o Słupsku: www.konfederacja-korony-polskiej-slupsk.pl/index.php/aktualności/
Tomasz
18:16, 2026-01-12
BITWA o Bolesławice: Od „skradzionych” tablic po milion
Szkoda że pani Gliniecka-Woś nie wykazuje takiej werwy w zgłaszaniu incydentów na policję kiedy chodzi o poważne wykroczenia lub nawet przestępstwa powodujące setki tysięcy strat publicznych pieniędzy i zagrożenia dla zdrowia mieszkańców.
Gruby Wiór
19:24, 2026-01-08
CIEMNOŚĆ WIDZĘ? W Słupsku deficyt elektryków
słaby artykuł, mało rzetelny, raczej chcący ugodzić w ZIM bez powodu, oj Kapusta Kapusta- głowa pusta....
mieszkaniec
14:55, 2026-01-07
CIEMNOŚĆ WIDZĘ? W Słupsku deficyt elektryków
Kim jest "prezydentku"?
Mieszkaniec
14:23, 2026-01-07