Siedemdziesiąt dwa zgłoszenia, lawina maili i niekończące się wizyty strażników miejskich na jednej z ulic Osiedla Niepodległości. Spór o jakość powietrza w Słupsku wszedł na nowy, niespodziewany poziom. Podczas gdy jedna z lokatorek wypowiedziała wojnę trucicielom, miejscy decydenci rozkładają ręce, sugerując, że problem nie leży w kominach, lecz w emocjach skarżącej. W kuluarowych rozmowach ścierają się dwie racje: urzędnicza statystyka kontra nosy mieszkańców.
::addons{"type":"only-with-us", "color":"black"}
Sprawa ciągnie się latami, ale w ostatnich miesiącach przybrała na sile. Skarżąca domaga się radykalnych kroków – zakazu ogrzewania domów jednorodzinnych kominkami i piecami, twierdząc, że dym uniemożliwia normalne życie. Paweł Szewczyk, który dokładnie przeanalizował historię korespondencji, przyznaje, że skala jest ogromna. Kobieta wysyła pisma taśmowo, a w grudniu i styczniu jej aktywność osiągnęła apogeum.
– Wpłynęła do nas skarga przekazana przez Główny Inspektorat Sanitarny w Warszawie. Skarżąca zarzuca brak skutecznych działań prezydenta miasta, które wyeliminowałyby problem zanieczyszczenia powietrza – relacjonuje Szewczyk, dodając, że kolejne pisma i petycje spływają niemal codziennie.
Jednak Ratusz widzi to zupełnie inaczej. Krystyna Danilecka-Wojewódzka, prezydent Słupska, nie owija w bawełnę. W rozmowie na ten temat sugeruje, że źródło problemu leży poza kompetencjami ochrony środowiska.
– Temat jest na pewno niejednoznaczny. Osób, które mają problemy natury, najdelikatniej mówiąc, emocjonalnej, jest sporo – tłumaczy prezydentka. – My się pochylamy nad tą sprawą od czterech lat. Tam jest problem nie takiej natury, że naprawdę ktoś pali i są zanieczyszczenia, tylko natury psychologicznej. Tylko i wyłącznie.
Według włodarz miasta, służby wielokrotnie sprawdzały paleniska i nikt tam nie pali odpadami, o których pisze skarżąca. Danilecka-Wojewódzka zwraca uwagę na bezsilność prawa w takich sytuacjach, porównując to do innych trudnych przypadków sąsiedzkich w mieście.
Zupełnie inną perspektywę ma Bogusław Dobkowski, radny, który zna to osiedle od podszewki – sam je projektował i tam mieszkał. Dla niego problem smrodu jest realny i niezależny od stanu zdrowia kogokolwiek.
– Wszyscy mieli centralne, a potem miasto po kolei dawało zgodę na ogrzewanie diabli wiedzą czym. I zaczęło śmierdzieć coraz bardziej – irytuje się Dobkowski. – Ludzie myślą, że ja tam dalej mieszkam i skarżą się do mnie. Proponuję, żeby strażnik pojechał tam, gdy jest mróz i zmierzył stężenie pyłów, a nie pisał, że nie ma czym mierzyć. Wiem, że palą byle czym. Sam tam mieszkałem 8 lat temu i to odczuwałem.
Ripostuje mu Jacek Zabiegły, który postanowił przeprowadzić własne, dość nietypowe śledztwo. Bywa w bloku skarżącej i bada sprawę... własnym nosem.
– Pozwolę sobie powiedzieć trochę pół żartem, pół serio: organoleptycznie badałem zanieczyszczenie powietrza w tych okolicach – mówi Zabiegły. – Proszę mi wierzyć, że ani razu nie mogę potwierdzić tego, co ta pani wypisuje nie tylko do nas, ale i do prezydenta kraju. Jeśli mamy robić te kontrole w nieskończoność, to róbmy, ale to nie tędy droga.
W dyskusję włącza się Adam Sędziński, patrząc na sprawę przez pryzmat przepisów. Pyta wprost o egzekwowanie uchwały antysmogowej Sejmiku Województwa, która od 2026 roku zakazuje używania "kopciuchów".
– Czy mamy wiedzę, czy w tych akurat lokalizacjach, jak dużo jest tych źródeł ciepła niespełniających wymagań ekoprojektu? Bo większość z nich, które są instalowane, nie spełnia tego wymagania – punktuje Sędziński, domagając się zweryfikowania polityki miasta.
Głos rozsądku, stojący w kontrze do urzędniczego optymizmu, zabiera Beata Kątnik. Dla niej sprawa jest prosta i wyczuwalna.
– Nie jest tajemnicą, że wystarczy wyjść po godzinie dwudziestej na osiedla, w których palą w piecach, żeby poczuć dym. I to dym na pewno nie węglowy – zauważa Kątnik. – Uważam, że powinniśmy pochylić się nad skargą tej pani, a jednocześnie podjąć realne działania na rzecz eliminowania palenia śmieciami.
Murem za urzędnikami staje jednak Jan Lange. Broni pracowników komisji i straży miejskiej, twierdząc, że zrobili wszystko, co w ich mocy.
– Miejcie trochę zaufania. Każda sprawa jest bardzo skrupulatnie rozpatrywana. Skarga tej pani trafia do nas już nie wiadomo który raz z rzędu – mówi zrezygnowany Lange. – Na każde zgłoszenie wysyłane są patrole, również z urządzeniami pomiarowymi. Ani razu nie potwierdziły się te zarzuty. Przestańmy się już zajmować takimi sprawami, to bicie piany.
Wtóruje mu Bożena Hołowienko, zwracając uwagę na prawne aspekty nękania urzędu.
– Prawo do składania skarg jest konstytucyjne, ale nie ma charakteru absolutnego – podkreśla Hołowienko. – Prawo do skargi nie oznacza prawa do wielokrotnego procedowania tej samej sprawy i obciążania aparatu samorządowego.
Ostatecznie miasto uznało skargę za bezzasadną. W tle pozostaje jednak pytanie: czy zamykając usta "uciążliwej" mieszkance, urzędnicy nie zamykają oczu na szerszy problem? Bo choć Paweł Szewczyk na koniec zauważa, że większy problem ze smogiem jest w centrum miasta, a na Osiedlu Niepodległości wieją silne wiatry, to mieszkańcy spacerujący tam wieczorami wciąż czują, że coś wisi w powietrzu.
::addons{"type":"alert"}
::addons{"type":"only-with-us", "color":"black"}
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu hej.slupsk.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz
Słupscy REKORDZIŚCI z długami
No tak to najlepszym rozwiązaniem jest żeby zamarzli, a może tyle wiszą bo grzać trzeba bo budynek w opłakanym stanie
Moro
21:11, 2026-02-10
Słupscy REKORDZIŚCI z długami
A to nie jest ujawnienie danych przez radną? Albo stygmatyzowanie mieszkańców?
RODO
18:47, 2026-02-10
Wieloletnia kierowniczka MOPR oskarża: „Zniszczyli mni"
Niestety bardzo dużo słyszy się na temat funkcjonowania tej pseudopomocowej instytucji. Co jakiś czas wyskakują kolejne trupy z szafy. Co do kompetencji osób piastujących stanowiska kierownicze..... Zarządzanie zasobami ludzkimi się kłania,a każde tak odpowiedzialne stanowisko,powinno być objęte kadencją. Może wtedy ideał nie sięgnie bruku.!!! A tak na marginesie.... Widzi się krzywdę i niesprawiedliwość dopiero wtedy gdy dotyka nas samych???? A ja sądziłem, że pracując w tak idealistycznej instytucji jesteśmy z natury dobrymi ludźmi i chcemy nieść pomoc i wspierać. Wstyd !!! bohaterom tego artykułu
Pracownik
13:53, 2026-02-09
Wieloletnia kierowniczka MOPR oskarża: „Zniszczyli mni"
Przez 5 lat zwolniło się około 250 pracowników! Pracownicy jak przeciąg, pojawiają i znikają kiedy tylko wejdą "w glad struktury ". Tu powinna się zapalić wszystkim lampka. W 2025 roku odeszło wielu kierowników, pracowników z kilku i kilkunastu letnim stażem. Przybyło natomiast parę osób z PCPR (dyrektor, koordynator), które nadzorowały sprawę małej Róży z Kobylnicy.
Prada
13:50, 2026-02-09